Wąsy Stalina, łysina Lenina

Wąsy Stalina, łysina Lenina

czwartek, 13 stycznia 2011

MAKu nie należy wkładać do dupy

MAK w dupie może uwierać, na MAK należy lać rzęsistym strumieniem ciepłego moczu.

Chciałbym tutaj poprzeć stanowisko Łażącego Łazarza i Aleksandra Ściosa, jak i wielu innych, których z nazwiska nie wymieniam, za co przepraszam.

Nie należy się dać wciągnąć w grę sowieckimi dezami, ani tymi serwowanymi bezpośrednio przez Kreml, ani tym rozpropagowywanym w imię "dyskusji" przez lokalnych szczekających kundelków. To wszystko nic innego, jak pic na wodę i fotomontarz po to, by jak najdalej odwieść polską i zagraniczną opinię publiczną od prawdy.

A prawda, chociaż dostępne dowody są na to tylko pośrednie, jest prosta (jak każda prawda). Za pomocą swojej agentury i pożytecznych idiotów rozgrywanych jak dzieci we (nomen omen) mgle, car Władimir pozbył się ostatniej żyletki zmącającej różową watę cukrową sowiecko-szwabskiego buzi-buzi i budowy Eurazji od Lizbony po Władywostok.

Nasi menżowie stanó dali się ograć jak ostatnie patałachy, za garść banałów i pogłaskanie po ryżej, bądź łysiejącej główce dali się prawdziwemu wielkiemu szu wyprowadzić tam, skąd nie ma odwrotu bo oznaczałoby to bolesne catharsis i konsekwencje. Łykali drobne kłamstewka i obietnice jedną po drugiej, myśląc że na koniec dojdą do prawdziwej władzy i chwały. A ceną zapłaconą za ich głupotę to Polska i my, Jej obywatele.

W Polsce, mężem stanu może być Jarosław Kaczyński czy Witold Waszczykowski. Na pewno jest nim (chociaż nie w naszym, łacińskim sensie) Car Władimir. Tuś to co najwyżej mąż Małgorzaty. Nieskromnie zacytuję tutaj siebie:

10/04/10, Putin i ferajna przecwelili Tusia (i kamarylę) by pokazać im ich miejsce. Raportem MAKu wybili mu (im) przednie zęby coby mu ułatwić ciągnięcie druta.

Szto diełat? zapytaliby bracia Francuzi. Punktować to co się merytorycznie i bezpośrednio da, puszczać w świat własne memy, a resztę, jak we wprowadzającym akapicie: rzęsisty strumień i olewka. Bicie mgły pięściami nic nie daje. By ją zwalczyć, należy pod nią rozpalić potężny ogień.

piątek, 10 grudnia 2010

Joasia K-R domaga się powstania komisji śledczej w sprawie "katastrofy" w Smoleńsku.

Dlaczego teraz? Cui bono?

I przychodzi mi na myśl tylko jedna rzecz: prace śledcze zespołu A. Macierewicza otworzyły za dużo puszek robaków. Co i rusz na jaw wychodzą śmierdzące sprawy, które Ryży, Gajowy i kamaryla myśleli, że zamaskowali spray'em o zapachu szyszek sosnowych. W dodatku smród zaczyna zataczać coraz to szersze kręgi, bo aż za ocean i do Brukseli dotarł. A tam ludzie nie tacy twardzi jak u nas, i na smród są wyczuleni.

W związku z tym WSIowe towarzycho musi zrobić uderzenie wyprzedzające, a wyprzedzające przede wszystkim jakiekolwiek działanie wspomagane czynnikami z zewnątrz. Do tego najlepszym, bo w pełni lege legis i lege artis*, dzialaniem jest właśnie komisja śledcza sejmu RP. Powołanie takiej komisji upiecze dwie pieczenie na raz. Po pierwsze unieważni jakąkolwiek legitymizację międzynarodowej komisji. W końcu rząd i parlament demokratycznego państwa, członka EU, członka NATO (i ogólnie członka) powołały odpowiednią do tego instytucję, sami w pełni badają okoliczności, i co nam, międzynarodowym do tego.

Po drugie, zamrozi to śledztwo smoleńskie w kraju na amen. Komisja śledcza może żądać przejęcia wszystkich materiałów zgromadzonych przez zespół Macierewicza (i wszelkich innych), nadać im status niejawny, zataić przebieg swoich posiedzeń i gotowe. Dostęp do materiałów będzie tylko dla tych, którzy mają takie pozwolenia (już nie A. Macierewicz) a i tym można je pozabierać jak będą nadto fikać. Kto wie, może nawet Miro Sekuła mógłby przewodzić.

I teraz jaka jest rola w tym JK-R?

Są dwie możliwości, żadna dla niej pochlebna. Bo z jednej strony jest ona po prostu kretynką, naiwną małą dziewczynką w dobrej wierze dającą się rozgrywać przez cwaniaków tak jak sobie oni tego życzą.

Albo jest ona wyrachowaną suką, która wiedząc co jest grane i tak robi to co robi, ze względu na jakieś korzyści, które albo dla siebie w tym uwiduje, albo które zostały jej przyrzeczone.

Tak czy inaczej, nie sądzę, żeby to był jej autorski pomysł. Raczej został jej, albo komuś z jej "stowarzyszenia" podsunięty przez życzliwych, starszych kolegów, którzy wicie, rozumicie, ze względów politycznych (no bo Donek, Grzechu, Rychu, Miro, Zbychu czy kim tam się można zasłonić) sami tego nie mogli zgłosić. I w ten sposób "konstruktywna opozycja" zgłasza pomysł, który nierząd ochoczo podchwyci (bo nam zależy na wyjaśnieniu przyczyn tragedii smoleńskiej, by żyło się lepiej). I nikt nierządowi zarzucić nie będzie mógł, że grają komisją smoleńską, bo to nie ich pomysł.

Źrodło

Tak mi się wydaje, że jest. A jak będzie? Zobaczymy, bo jednak sprawy mogły już pójść za daleko tak samo jak za duża ilość strachu w porcięta.

piątek, 17 września 2010

Hrabia Bronkula


Jak wszystkie wampiry, Hrabia Bronkula panicznie boi się krzyża.


wtorek, 20 lipca 2010

I gdzie tu do ludzi z tą obronnością?

Miałem pisać kolejną odsłonę tekstu o obronności i zdrowej strukturze obronnej Ojczyzny. Nawet mam większość następnej części napisanej. Jednak wobec zaistniałych okoliczności krajowych i geopolitycznych przynajmniej na razie mi kompletnie odeszła na to chęć.

Nasz Neue GG Judeopolen Cipistan po raz kolejny zdał trudny egzamin(c). 20 lat na zagwarantowanie sobie wszystkiego tego, co do funkcjonowania potrzebuje suwerenne panstwo, które były dane nam jak manna z nieba przefrymarczono na postpolitykę, głupie gierki polityczne jak i, oczywiście, na kręcenie lodów.

I oczywiście nie mówię tu o "transformacji", "wielkim sukcesie" euklidesowego mebla, "odzyskaniu wolności" czy innych politpoprawnych bzdetach, którymi karmi się zdekapitowane przez IIWŚ i wyposzczone latami PRLu pospólstwo. Wszyscy doskonale zdajemy sobie (lub powinniśmy) sprawę, że to akurat czysta propaganda sukcesu mająca przykryć nieudolne państwo zbudowane na potrzeby postkomuszej oligarchii, która dogadała się z koncesjonowaną opozycją i podzieliła to co było do podzielenia między siebie a nią. A reszta lokalnych Irokezów? To Polska B, motłoch i biomasa na wykorzystanie powyższych. Takie bydło, by zacytować OMC Profesora. Ot, tacy nieudacznicy, którzy nie potrafili sobie poradzić w nowych realiach.

Jednak te 20 lat można było, trzeba było, wykorzystać inaczej. Można było zbudować podwaliny prawdziwego państwa. Nie dlatego, że skurwieni bądź lemingi by do tego dążyły, ale dlatego, że było 20 lat względnego spokoju, jak w zasadzie nigdy w historii. Sowiecja pękła jak gliniana kukła uderzona młotkiem. Rozpadł się sojuz, targany przez swą wewnętrzną ekonomiczną niewydolność, presję ekonomiczno-militarną ze strony USA (rok 1978, R. Reagan zapytany jaką widzi strategię na dalsze prowadzenie zimnej wojny odparł "It's simple. We win, they lose."). Wyrwały się z Sojuza państwa i państewka dążące do niepodległości. Od strony Adolflandzkiej, Bundesrepublika wchłonęła DDR i przez 10 lat borykała się z wchłonięciem 17 milionów (20% łącznego społeczeństwa), ludzi nieprzystosowanych do normalnego funkcjonowania, ubogich, niezatrudnionych i w dużej mierze niezatrudnialnych z ziemią wyniszczoną przez 40 lat gospodarowania przez kolesi Honeckera. Pierwsza połowa lat 90 (a tak naprawdę ich całość) również była czasem mocno stresującym dla ekonomii azjatyckich, szczególnie Chin, Japonii i Tajwanu. o. Ponadto, postzimnowojenna potęga USA również ulegała atrofii, a za to, co Clinton zrobił amerykańskim specsłużbom to go Amerykańce powinny obwiesić.

Ani Reich ani Sojuz nie były nam w stanie do roku 2006 zagrozić militarnie. Po prostu Bundeswehra ulegała, i dalej ulega atrofii. Zapadnięta Armia Czerwona i Sowiecka ekonomia pod kuratelą siłowików Wowy Drogowca bardzo powoli się w tym czasie podnosiły z gleby.

Słowem, mieliśmy 20. No, niech będzie: 16 lat na zbudowanie państwa. Wystarczyło tylko działać, a mieliśmy (prawie) wszystko: populację, przemysł, knowhow, surowce naturalne... Zabrakło w sumie tylko i aż woli działania, ale o tym dalej.

I w sumie w tym leży cały tragikomizm sytuacji. Wbrew opluwaniu istoty i istotności Najjaśniejszej przez obłędną sektę z Czerskiej i Walterową fabrykę wodogłowia, Polska jest (niestety) ogromnie ważnym rejonem. Jesteśmy jedyną całkowicie otwartą drogą na przemarsz Drang nach Osten czy Lenino-Berlino, zależnie w którą stronę ktoś maszeruje. Tylko przez nasze terytorium czołgi jednych mają dostęp do stolic drugich. Polska rzeczywiście na jej nieszczęście (choć wcale tak nie musi być) jest łącznikiem Zachodu i Wschodu. I jako jeden, jedyny potrzebny dowód na to stwierdzenie wystarcza mi poziom obcej agentury działającej na naszym terenie i jej inflitracji naszych władz. Teren nieistotny byłby (może) kolonią jednego .

Tak więc rzekło się: żyjemy w prawdopodobnie najbardziej zagenturyzowanej części Europy poza może Szwajcarią. Działają tu razwiedki co najmniej Rosji, Reichu, Izraela, USA, prawdopodobnie Chin i innych państw. Nie móżna też zapomnieć o "rodzimych" WSIokach i innej swołoczy na usługach czyichśtam. Wszystkie te interesy ścierają się w Polsce, na różnych poziomach władzy i biznesu, i kontrolują duże lub większościowe połacie Polski. Tylko czy to wystarczy by przyblokować rozwój państwa? Czy to wystarczy by skutecznie zablokować wybicie 40-milionowego narodu a powierzchnię? Jak widać tak, ale śmiem twierdzić, że nie dlatego, iż to rzeczywiście tak działa. Raczej jest tak tylko dlatego, że ogół społeczeństwa jest do tego stopnia wykastrowany i odmóżdżony, że nie przychodzi mu nawet do głowy bunt albo się on po prostu boi. Krótko mówiąc, zabrakło woli.

Agentury, z racji swojej działalności są mniejszościami. Mogą oczywiście być bardzo wpływowe, w końcu to ich raison d'étre, ale z powodów strategicznych i taktycznych muszą być małe. Ścieranie się interesów różnych agentur powoduje, że tracą kontrolę nad różnymi agenciakami. I właśnie w tym upatruję szansę dla Polski, a raczej upatrywałbym, gdyby była wola działania. Ale, że jej nie było w czasach dogodnych do działania, to nie spodziewam się nagłego jej przypływu teraz, gdy czasy są o wiele bardziej interesujące.

Siłą rzeczy, wpływ agentury działa poprzez często abstrakcyjne mechanizmy promes i aluzji, czy to nagrody lub kary, czy to łapówki bądź szantażu (a często obydwu naraz), itp. Ponieważ oficjalnie agentura nie istnieje, to jej legalne działania muszą mieć jakieś drugie dno, a reszta jej działań jest całkowicie nielegalna, i musi tym samym być tajna. Najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić agenturze jest weryfikowalne upublicznienie jej działania. Równa się to spaleniu ujawnionej działalności, a być może na zasadzie konflagracji również innych jej działań.

Oczywiście ujawnienie tego typu spraw rzadko kiedy uchodzi ujawniającemu na sucho, casus Litwinienki w przypadku zdrady czy np. ujawnienia przeciwnej agentury przez "spalonych". Jednak te działania odwetowe możliwe są tylko wtedy, kiedy właściciel agentury jest prężnie działającym państwem z doskonałą kontrolą nad własną agenturą. W przeciwnym razie agentury odcięte od rodzimego cyca i rózgi przekształcają się w quasi- lub par excellence mafijne układy działające na własny rachunek. A nawet jeżeli nie, to ich rodzime państwa nie są w stanie ich w żaden znaczący sposób ich wspomagać. I był właśnie taki okres, lata '90 i wczesne 2000. Państwa zewnętrzne nie były w stanie znacząco interweniować, a agentury działały u nas w izolacji.

Ludzie przez nie uwikłani mogli się wybić na wolność, co oczywiście wiązałoby się z jakimś tam ryzykiem osobistym, ale nie przesadzajmy, duża ilość zwalniających się ze smyczy agenciaków i pożytecznych idiotów skutecznie sparaliżowałaby jakiekolwiek szerzej zakrojone działania odwetowe, chociażby przez strach przed dalszym ujawnieniem.

A jednak zabrakło woli, tej odrobiny odwagi, tej iskry Bożej wszelakim skundlonym członiom elity. Woleli pozostać na smyczy. Wniosek taki, że albo istnieją na nich haki tak mocne, że jakikolwiek sprzeciw po prostu nie jest ludzko (?) możliwy, albo są oni tak mizernymi ścierwojadami, że zadowala ich rola żuczków toczących mizerne gnojowe kulki z kupy ich mocodawców. Całkowity brak woli.

Ale agentura i jej służący degeneraci to nie wszystko. Nawet ich rzesze to jednak nie większość Narodu. Śmiem twierdzić, że duża część społeczeństwa ma to wszystko gdzieś, i wcale nie przez kolejny telewizor na raty czy wakacje w Egipcie, czy kolejną różową golarkę do części intymnych. Nie, te 45+ procent ogółu, które nie głosowało w ostatnich wyborach to po prostu ludzie ogarnięci całkowitą apatią i marazmem, codzienną gonitwą za chlebem. Na ich samodzielne poderwanie się do czegokolwiek po prostu nie ma co liczyć. Ich trzeba poderwać egzogennie.

Co więc jest dalszą przyczyną zmarnowania ostatnich dwóch dekad? Krótko mówiąc: my. Ta część społeczeństwa ogólnie określona jako "prawica" i "patriotyczna lewica" (Drogie kolibry: tak, ona też istnieje!!). Brak woli, brak chęci działania, wychylenia się poza szereg, wygodnictwo w kłóceniu się na wlasnych kanapach politycznych, brak odwagi zaryzykowania. Tak, to w dużej mierze nasza wina. W naszej nieudaczności daliśmy się ograć. Owszem druga strona niby miała wszystkie atuty, ale na dużą skalę jednak nie była w stanie wiele wyegzekwować (chociaż na małą skalę owszem, vide śp. M. Falzmann, W. Pańko i inni). Na ogólnokrajowe czy regionalne rozwiązania siłowe też by ich wtedy nie było stać, chociażby ze strachu przed reperkusjami użycia masowej siły (i strachu przed nielojalnością wobec siebie owej siły). I przyparte do muru by się nawzajem agenciaki zagryzły. Wystarczyłoby wola konkretnego działania od nas, a następnie od skundlonych jeden jedyny przebłysk odwagi, właśnie w tej kolejności.

A teraz? Nie wiem czy ten stracony czas jest do nadrobienia. Osobiście w to bardzo wątpię. W sytuacji geopolitycznej "the shoe has dropped, and we're waiting for the other one", by sparafrazować Pratchett'a, a i materiał już nie ten.

Addendum:

Poniższy tekst ten został zainspirowany przez "Watsonowe" notki Triariusa. Miał być osobnym wpisem, ale jakoś mi się dziwnie powiązał z powyższym, tak więc go tu zamieściłem.

W "Dolinie Nicości" Bronisława Wildsteina jest wątek byłego opozycjonisty, byłego kolegi Returna, który się podczas przesłuchań nie złamał i został skazany na pobyt w celi z garującymi gitowcami ("elementem społecznie zbliżonym" vel. wyborcami Jamajki), i w końcu został złamany przez owych gitowców, którzy zrobili go ich cwelem i zabawką. I ten człowiek, onegdaj dusza towarzystwa, bawidamek i niezły kozak, pozostał złamanym wrakiem nie nadającycm się do życia w społeczeństwie, brzydzącym się samym sobą, i bojącym się ujawnienia prawdy o swoim upadku.

Podobno była to częsta taktyka stosowana przez władze demoludów do łamania niepokornych, jak chociażby opisał Sołżenicyn w "Archipelagu" o knajakach "pilnujących" transporty politycznych na Sybir, niszczących zeków na każdym etapie.

To samo, acz nie fizycznie, zrobił Wowa Drogowiec Tusiowi Cudotwórcy w sprawie Smoleńska. Tuś został politycznie przecwelony i poniżony (najpierw uwikłanie - to hak, potem blady strach, pokaz siły i przytulanki bitego dziecka) by zagwarantować jego dalszą współpracę. To samo robią bandyci z dziewczynami zmuszonymi do prostytucji, są one bite, poniżane i gwałcone tak by złamać w nich chęć buntu.

Jego ostatnią szansą na uwolnienie się była odmowa zaproszenia na 07.04.2010, i przylot z Prezydentem 10.04. Oczywiście to tylko hipotetyczna możliwość, bo Wowie "polscy" "politycy" nie odmawiają, ale jednak była. I zauważcie koronkowe rozegranie sprawy, każda kolejna rozgrywka przeciw Kaczyńskiemu przed tą ostatnią była coraz to trudniejsza do przerwania i wybrnięcia z twarzą z korzyścią dla Polski na niekorzyść dla Wowy.

Jednak jakiekolwiek haki mogły istnieć na Tusia i piłkarzyków przed Smoleńskiem, są one niczym w porównaniu z byciem akcesorium do tragedii - i nie zależy czy był to zamach na "przeczołganie Kaczora", który przedobrzono, czy z góry zamierzono finał terminalny. W pierwszym wariancie Tuś nadstawia dupy za rosyjski burdel i polski w nim udział, w drugim dał się wciągnąć w udział w masowym morderstwie. Trzymają go za "short and curlies", i on dobrze o tym wie. Robi oczywiście srogie bądź zatroskane miny, zależnie od tego co mu który tam mistyfikiewicz podpowie, ale na zawsze już będzie razwiedzką gumową lalą. I tym samym, ktokolwiek jeszcze brał go na świecie na serio, dawno już przestał... niezależnie od tego co pisze prasa czy jakie nagrody się mu wręcza.

czwartek, 24 czerwca 2010

Czy byle banda facetów ubrana na zielono to wojsko?

Niepartzancka partyzantka

Jak pisałem poprzednio, uważam wojnę partyzancką za bezsensowną, jeżeli jest ona pierwszą i w zasadzie jedyną opcją obronną kraju. Oczywiście moje poprzednie dywagacje zakładają nauczanie taktyk partyzanckich, lecz jest to pewnym rodzajem przygotowania na bardzo niekorzystny obrót spraw, który z racji naszej sytuacji geopolitycznej jest niestety możliwy. Jednak wyobrażenie, że partyzanci obronią kraj przed wrogiem i wygonią go z kraju, lub że wróg oddali się od zamiarów inwazji pod groźbą partyzantki jest skrajnym przykładem zaklinania rzeczywistości. Partyzantka nie powstrzymała od inwazji ani Rosjan, ani Amerykanów ani Niemców ani Żydów, i to w warunkach idealnych do prowadzenia działań partyzanckich.

A w kraju idealnie dostosowanym do wojny pancernej? Ech! Szkoda mówić. W pierwszym tekście szerzej opisałem sensowność wojny partyzanckiej jako podstawowej strategii obronnej, więc tutaj opiszę ją tylko skrótowo.

Wojna partyzancka, taka prowadzona skutecznie zaznaczam, to krzyk rozpaczy i związanie sił wroga (kosztem wyniszczenia kraju i narodu) w oczekiwaniu na polityczne rozwiązanie sytuacji z zewnątrz lub odsiecz. NIE MOŻNA NA TO LICZYĆ JAKO NA SKUTECZNĄ STRATEGIĘ OBRONNĄ, a tym bardziej najważniejszą lub nawet jedyną.

Co w zamian?

Jeżeli nie partyzantka, to co? Wymienione w poprzednim tekście działania przygotowawcze mają na celu wyprodukowanie ludzi, których będzie można sprawnie i skutecznie wcielić w struktury zorganizowanego wojska. Owe działania mają na celu stworzenie puli rezerw ludzi umiejących być żołnierzami, a w każdym razie takich, których w żołnierzy można przekształcić szybko i w miarę bezboleśnie. Smutną prawdą jest to, że z ekskrementu bicza ukręcić się nie da, i współczesny leming nie nadaje się na materiał do wojska (łącznie z autorem, który się kaja i obiecuje się poprawić). Żaden poziom lewackiego czy kolibrystycznego zaklinania tego nie zmieni. Dopiero wtedy możemy mówić o profesjonalizacji armii, kiedy zaistnieje odpowiednia podaż materiału na jej utworzenie. Inaczej mamy wielką klichę.

Demografia über alles!

Opieram się o dane demograficzne z 2005 r., ale zasadniczo się od dnia dzisiejszego nie różnią. W 2005 roku było w Polsce 38 161 300 ludzi, przy poziomie narodzeń 10.78 na 1000 mieszkańców, co daje trochę ponad 411K narodzin, z czego 218 000 z drobnym hakiem to chłopcy (1.06 narodzin chłopców na każde narodziny dziewczynki). W obecnej chwili ta sytuacja wygląda marginalnie lepiej. W tym samym 2005 roku, mężczyźni od 15 do 64 roku życia stanowili 13.5 milionów ludzi, czyli zakładam około 10 milionów w przedziale 18-50.

Załóżmy, więc, że ową pule stworzyliśmy. Po 4 latach rok-rocznego PO (co za niefortunny zbieg słów, ach!) powinniśmy posiadać około 800 tysięcy przeszkolonych chłopaków w wieku 18-19 lat. No i z roku na rok przybywać ich powinno po około 200 tysięcy. Jest zatem z czego przebierać. I zawsze było, tylko selekcjonerzy i trenerzy nie tacy...

Wojsko zawodowe, czy wojsko po zawodówce?

Ile? To odwieczne pytanie, ale im więcej, tym lepiej. Providence is always on the side of the big batallions, (R. Walling.). Czytałem kiedyś, że liczba zawodowych żołnierzy, którą przeciętne państwo jest w stanie utrzymać w czasie pokoju bez ujemnego wpływu na rozwój ekonomiczny to 1% społeczeństwa. Liczba ta jest oczywiście mocno umowna (gęstość zaludnienia, poziom uzbrojenia, itp.) ale w przypadku przeciętnego państwa zachodniego ponoć daje skuteczne możliwości obronne, przy stosunkowo niedużych nakładach.

Jako państwo doskonale zorganizowane militarnie chciałbym podać przykład Izraela. Poniekąd jego pozycjonowanie geopolityczne jest analogiczne do Polski:

1) Jest państwem małym, otoczonym przez większych sąsiadów.

2) Jego sąsiedzi mają poważne zastrzeżenia co do jego egzystencji.

3) Nie posiada ono naturalnych barier do działań wojskowych.

4) Pomijając moralność ich działań (w końcu mówimy o polityce!), Izrael musi cały czas się bronić i być gotowym do prowadzenia skutecznych działań militarnych

Trochę faktów o Izraelskim wojsku (idę za kłamopedią, tak więc liczby mogą być zaniżone ponieważ naród Merkuriański wielce miłuje pokój i nigdy, przenigdy by nie zachowywał się agresywnie w stosunku do nikogo):

Populacja Izraela to ździebko ponad 7 milionów. IDF (hłe, hłe!) liczy sobie około 176 000 (rok 2000, teraz pewnie ponad 200K) czynnych, jak i w każdej chwili 2.5 miliona przeszkolonych ludzi gotowych do podjęcia czynnej służby. W Izraelu mężczyźni i kobiety odbębniają odpowiednio po 3 i 2 lata wojska. Liczba rezerw, tj. tych, którzy są w stanie być powołani w przeciągu 24 godzin to 445 000 (też z roku 2000).

Izrael, oprócz współczesnej armii, sił powietrznych, marynarki wojennej i sił specjalnych (których u nich od groma) również posiada wojska strategiczne, tzn. broń nuklearną. Nikt nie wie ile (poza nimi samymi), ale prawdopodobnie około 500 głowic na lądowych wyrzutniach w pustyni Negev, i prawdopodobnie na łodziach podwodnych. Izraelskie pociski ponoć posiadają zasięg 11500km, czyli definiując apeks półkuli w Jerozolimie, są w stanie dosięgnąć pół globu, w tym wszystkie liczące się stolice, łącznie z ich najukochańszym Washington DC (jakby Wujek Sam zaczął fikać).

176K z 7 milionów to 2.3%, 445K z 7 milionów to 6.3%, a 2.5 milionów to 35.7%.

Oczywiście Izrael jest suto sponsorowany przez Wujaszka Sama, i żaden inny kraj prawdopodobnie nie mógłby sobie pozwolić na utrzymanie proporcjonalnie tak licznej armii na swoim terytorium z własnych środków (oprócz oczywiście USA, które są wystarczająco bogate, i azjatyckich demoludów, gdzie poziom życia ma marginalnie mniejsze znaczenie od wczorajszego stolca). Inna sprawa, że istotną polską przewagą nad izraelem jest to, że nie musimy zwalczać arabskich terorystów, ani pacyfikować autonomii palestyńskiej okupującej pokaźny kawałek naszego terytorium. Tym samym, wydaje mi się, że w/w 1 procent jest w naszym zasięgu, i wystarczyłby do zapewnienia bezpieczeństwa. Chciałbym, żeby ktoś znający się szczegółowo na obronności, skrytykował powyższe założenia, jeżeli są błędne.

Idąc dalej tym wyliczeniem, Polska powinna posiadać czynną służbę składającą się z około 400 tysięcy oficerów i żołnierzy wszystkich służb. Zaznaczam, że klichowe 100K ludzi pod bronią to kpina z obronności. 120 tysięcy to limit jaki został narzucony na Niemcy traktatem wersalskim, przez państwa wcale do nich przyjaźnie nie nastawione. W 40-milionowym narodzie, owe 120 tysięcy to ledwie wystarczająco by spacyfikować wewnątrznarodowe ruchawki i niezbyt rozgarnięte ruchy secesyjne. Ot tak, gdyby Quebec ogłosiło niepodległość, to 100K kanadyjskich szwejów wystarczyłoby by żabojadom to wybić z głowy... wystarczyłoby, gdyby nie fakt, że kanadyjska, jakże zawodowa, armia liczy 72 000 czynnych i ok. 40 000 rezerwistów, z czego około 30 000 zawodowych pochodzi z Quebec. Niezależnie od tego, taka liczba ludzi nie stanowi potencjału obronnego, co najwyżej policyjny.

Oczywiście na początku byłoby ich znacznie mniej, ale zakładając utrzymanie się ludności kraju na poziomie 38-40 milionów ludzi, docelowo tych na raz około 10 milionów facetów w wieku 18-50 lat wyszkolonych w obronności stanowiłoby olbrzymią rezerwę i siłę bojową, która z racji swego przeszkolenia (i rozbudowanych struktur pomocniczych) byłaby skutecznym deterentem przed inwazją terytorium Najświętszej.